Biegowelove.pl

informacje o Polsce. Wybierz tematy, o których chcesz dowiedzieć się więcej

„Magiczny, tajemniczy i elektryzująco intymny” – recenzja Van Gogh: Autoportrety | Vincent van Gogh

Ojedna z głównych atrakcji w kolekcji Galeria Courtauld w Londynie jest Autoportret Vincenta van Gogha z zabandażowanym uchem, namalowany w styczniu 1889 roku. Artysta okaleczył sobie lewe ucho dwa dni przed Bożym Narodzeniem, po kłótni z Paulem Gauguinem, z którym dzielił dom w Arles. Van Gogh wygląda blado i introspekcyjnie, gładko ogolony, ubrany na zimowy chłód w swoim żółtym pokoju, ze sztalugą za sobą i japońskim nadrukiem na ścianie (Courtauld również posiada ten obraz, ale został skradziony w latach 80. i nigdy odzyskany). Holenderski artysta ma wygląd łowcy człowieka, który nie jest jeszcze gotowy na ponowne wejście w świat, chyba że poprzez swoje malarstwo. Otwarte niebieskie drzwi po prawej stronie to te same niebieskie drzwi, które pojawiają się na zdjęciu jego żółtego krzesła z słomianym dnem, które teraz wisi w tym samym pokoju w Courtauld. Możesz też wziąć krzesło jako rodzaj autoportretu. To tak, jakby wyszedł na chwilę, zostawiając fajkę i woreczek na tytoń na siedzeniu.

Van Gogh: Autoportretynowa wystawa w niedawno ponownie otwarty Courtau galerii w Londynie, wypełniona jest różnego rodzaju obecnościami, nieobecnościami, substytucjami i echami. To magiczne i momentami tajemnicze przedstawienie. Wystawa elektryzującej intymności, ukazuje artystę w jego najbardziej samoświadomym i najbardziej bezbronnym. Każdy obraz jest zarówno rodzajem analizy, jak i próbą ratunku. W ciągu trzech i pół roku przed śmiercią w 1890 r. Van Gogh namalował około 35 autoportretów: niektóre mogły zniknąć lub zostały zamalowane. Jest tu piętnaście (nie licząc tego krzesła), a także arkusz trzech rysunków grafitowych, piórem i tuszem. Niektóre są zbyt kruche, by podróżować, innych z prywatnych kolekcji nie można było wypożyczyć. Kuratorzy chcieli również uniknąć niepotrzebnych powtórzeń. Niektóre inne były uważane za zbyt niezgrabne lub w inny sposób nieudane. Jak to jest, wszystkie powyższe są zilustrowane w katalogu.

READ  Obchody platynowego jubileuszu Queens z czterodniowym świętem bankowym | królowa
„Może tylko popycha farbę, ale to jest bardzo piękne”… Autoportret jako malarz (1888). Zdjęcie: Muzeum Van Gogha, Amsterdam (Fundacja Vincenta van Gogha)

Van Gogh był różnie opisywany przez ludzi, którzy znali go jako „dobrze zbudowanego” i „dość zachwaszczonego małego człowieka ze ściągniętymi rysami”. Jego wygląd na tych portretach – brodaty lub nie, włosy krótko przycięte, ogolony, zaniedbany, chory, lepiej odżywiony, naprawiany pewny siebie, nerwowy, wycofany z zapadniętymi policzkami (w Antwerpii usunięto mu 10 zębów, przez co wyglądał na starszego niż mężczyzna po trzydziestce) lub noszący wulkanizowane protezy gumowe – stanowi wskaźnik jego samopoczucia fizycznego, samooceny i stanu psychicznego.

Wielorakie sposoby malowania, które sam maluje, komplikują także jego artystyczne intencje i rozwój, nie mówiąc już o okolicznościach materialnych. Farby i płótna, na które było go stać, a także dieta, czy był… włączać lub wyłączać napój, jego myśli o kolorze i dotyku, sposób, w jaki chciał się zaprezentować innym oraz stan swojego umysłu, pozostawiają swój ślad. Większość prac została wykonana podczas jednej sesji. Malował, a potem szedł dalej.

Głowa zwrócona lekko w lewo, lekko w prawo, potem pełna frontalnie – wiele jego autoportretów, zwłaszcza 22, które ukończył w Paryżu, można uznać za studia, eksperymenty w stylu artystycznym i osobistym, wszystko rozgrywające się na Mała skala, wszystko wywodzące się z patrzenia na jego odbicie w małym lusterku. Nie ma szans na cofnięcie się, by zobaczyć większy widok lub zobaczyć siebie z profilu, co wymagałoby drugiego lustra.

Najwcześniej tutaj, namalowany zimą 1886-87, jest ubrany w ciężki płaszcz i ciemny filcowy kapelusz: czerwona broda, niebiesko-biały krawat, wyłaniający się z mroku, jedna strona twarzy w cieniu. Kilka miesięcy później już podkręcił kolor, poluzował pędzel i przepuścił biel płótna. Potem praca pędzlem staje się bardziej rytmiczna, a on bawi się wzorami i konturami swojej marynarki, wzajemnymi zależnościami między rysowaniem pędzlem a modelowaniem tonalnym.

Autoportret w kapeluszu z ciemnego filcu (1886-87)
Wyłania się z mroku… Autoportret w kapeluszu z ciemnego filcu (1886-87). Zdjęcie: Fundacja Vincenta van Gogha

W jednym jego głowę otacza rój małych niebieskich plamek i plamek. Wykorzystał te nuty koloru, aby wpłynąć na przejście między stenograficznym modelowaniem swojej marynarki a ciemnofioletowym tłem, które od tego czasu całkowicie zniknęło – tani karmazynowy pigment, którego używał, zawierał koszenilę i wyblakł do zera. Kolor i tonalność z czasem wyszły z równowagi również w innych pracach.

Jego broda jest dobrze przystrzyżona, a potem nie. Jego oczy wyrównują się i wyrównują, a on sam maluje się na czole w chybotliwym szarym filcowym kapeluszu (nieco bardziej sportowym i lśniącym niż czarny numer, który miał na sobie zimą). Jest zarówno poważny, jak i szykowny, ale coś poszło naprawdę nie tak z jedną stroną jego twarzy w tej: oko i kość policzkowa wykrzywiają się na ciebie w niepokojący sposób. Gdy to zobaczysz, nie możesz przestać się gapić. Musiał ciągle odwracać głowę w lustrze, żeby zobaczyć siebie, i stracił z oczu związek między sobą a płótnem.

Następnie jest w bluzie malarza i patrzy na nas przez ramię. Potem jest w chłopskim słomkowym kapeluszu. Praca pędzla nabiera tempa, a następnie wpada w galop, stukając po całym miejscu. Wydaje się, że we wrześniu opanował to wszystko, zanim zaczął zakrywać wszystko – kurtkę, twarz, kapelusz, tło – najeżonymi szeregami równoległych znaków, czymś w rodzaju rytmicznie malowanego tatuażu. Wygląda kłująco jak jeż lub wilkołak. Obraz uciekł razem z nim, jakby mapował niewidzialne energie przepływające przez wszystko, a on próbuje z tego wszystkiego utkać autoportret.

Przez cały czas Van Gogh próbuje zrobić coś innego niż uchwycić brutalne podobieństwo lub wygląd, coś bardziej żywego, żywego. „Chciałbym robić portrety, które sto lat później wyglądałyby jak zjawy dla ludzi” – napisał. Najpierw zwrócił się do portretu jako możliwego sposobu zarabiania na życie i do przeciwdziałania boomowi fotografii portretowej, którą uważał za mechaniczną. Ale te obrazy nie zostały stworzone z myślą o rynku. Obraz sam sprawiał Van Goghowi znacznie więcej kłopotów niż portrety innych ludzi. Sprawdza się na więcej niż jeden sposób.

Autoportret, jesień 1887.
Mapowanie niewidzialnych energii… Autoportret, jesień 1887. Zdjęcie: Patrice Schmidt/© Rmn Grand Palais/Dist Photo Scala, Florencja

Na początku 1888 roku Van Gogh ukończył większy obraz, na którym widzimy artystę przed swoim płótnem, trzymającego paletę i garść pędzli. Grudki pigmentu na palecie wtapiają się w kreskowanie, którego używa do opisania splotu swojej kurtki, drewnianej podpory płótna przed nim, jego głowy i włosów. Wypełniają nawet tło, choć kolor jest prawie płaski. Światło chwyta teksturowane pionowe i poziome pociągnięcia. Może tylko popycha farbę, ale to jest bardzo piękne. Zanim wyjechał na południe, Van Gogh przyswoił sobie wszystkie eksperymenty z poprzedniego roku, a ten obraz ma szczególną godność i poczucie samotnej koncentracji, prawie rodzaj monumentalności. Nie patrzy na nas. Nie patrzy na nic dostrzegalnie.

Następnie przeskakujemy rok do artysty z okaleczonym uchem, a potem dwa finalne portrety, które nie sklejały się od czasu, gdy je namalował azyl w Saint-Rémy-de-Provence. Pierwszy jest przepracowany, impastowe pociągnięcia wyznaczające jego twarz ocierają się i nadają wyglądowi wynędzniały, zrujnowany wygląd. Cienie są zabłocone i płaskie. Lekarze niechętnie pozwolili mu wtedy malować, obawiając się, że zje farbę i spróbuje się otruć. Robił to już wcześniej. Drugi autoportret, namalowany mniej więcej tydzień później, widzi go trzymającego paletę, przystrzyżoną brodę i włosy, wyraz jego czujnej twarzy, ruch pędzla żywy, pewny i pewny, kolor śpiewający i świetlisty. To może być prawie inny człowiek.